Niedziela to jedyny dzień w tygodniu, kiedy widzę się z moimi rodzicami, gdyż pracujemy w odmiennych godzinach. Ciągle się mijamy, bo kiedy ja siedzę w domu to oni pracują, a jak wracam z pracy to zastaję ich śpiących, bo muszą bardzo rano wstać następnego dnia. Dlatego zawsze w niedzielę staramy się zrobić coś ciekawego, trochę się rozerwać (chociaż czasami kończy się tak, że zdążymy tylko zrobić zakupy :P ). Na wczorajszy dzień miałam bardzo ambitny plan, który praktycznie w całości się powiódł!
W Nowym Jorku jest nieskończona ilość atrakcji, jednak wiele z najbardziej znanych miejsc widziałam już w tamtym roku, kiedy byłam tu na wakacjach. Niedługo po przeprowadzce do NYC, podczas lata, również dużo wraz z rodzicami zwiedzałam. Jednak jakimś cudem uchowało się przede mną muzeum Frick Collectiom, które zupełnie przypadkowo odkryłam w sobotę. Okazało się też, że w każdą niedzielę między godziną 11, a 13 wstęp jest tzw. "pay as you wish" (będzie o tym oddzielny wpis), czyli można wejść za darmo lub zapłacić ile nam się żywnie podoba. Długo się nie zastanawiałam i jako pierwszą niedzielną atrakcję zaplanowałam właśnie wizytę w tym przepięknym muzeum. Zrobiliśmy parę zdjęć zanim dowiedzieliśmy się, że jest to dozwolone tylko w jednej sali... Mam więc tylko kilka fotek, ale zachęcam do "wygooglowania" tego miejsca i obejrzenia całej galerii, bo naprawdę warto. Zobaczcie sami:
Frick Collection to dawna rezydencja Henry'ego Claya Fricka, pełna robiących niesamowite wrażenie obrazów, rzeźb i mebli w stylu rokoko. Do ogrodu niestety nie można było wejść, ale możliwe, że jest on otwarty latem. Szczerze polecam dodać te muzeum do listy miejsc do odwiedzenia w NYC, chociażby dlatego, że nie ma tam takich tłumów jak w typowo przewodnikowych lokalizacjach. My spędziliśmy tam cudowne (prawdziwie królewskie) popołudnie. :)
Po zwiedzaniu zrobiliśmy sobie spacer po okolicy, gdyż Frick Collection znajduje się na Upper East Side, czyli znanej wszystkim zamożnej i najbardziej snobistycznej dzielnicy na Manhattanie. Trzeba przyznać, że dzięki markowym butikom na każdym rogu można się tam poczuć naprawdę luksusowo. Upper East Side jest piękną, pełną francuskiego szyku, ale przede wszystkim bardzo czystą okolicą, co odróżnia ją od przeważnie zaśmieconych ulic Nowego Jorku.
Po tej przechadzce oczywiście strasznie zgłodnieliśmy, więc pojechaliśmy na pizzę do naszej, jak na razie, ulubionej pizzerii przy Rockefeller Center. Niestety dla mnie ta przyjemność trwała krótko, bo o 15.30 zaczynał się mecz koszykówki, na który wybierałam się ze znajomym. Musiałam więc opuścić rodziców na rzecz Lakers'ów i Knicks'ów i pędzić do Madison Square Garden.
Był to pierwszy mecz koszykówki, na którym byłam i zrobił on na mnie ogromne wrażenie. Wcześniej byłam na meczach w baseball i soccer (czyli w piłkę nożną, jak pewnie większość z was wie w USA mianem football'u określają ten amerykański ;) ), także staram się zobaczyć coś nowego za każdym razem. Madison Square Garden jest naprawdę wielką halą i w kulminacyjnych momentach gry, kiedy wszyscy głośno kibicowali, atmosfera była niesamowita. Siedzieliśmy dojść wysoko i olbrzymi koszykarze wydawali się małymi mróweczkami, ale nie zmniejszyło to w żadnym stopniu mojego podekscytowania (w końcu jedną taką mróweczką był sam Kobe Bryant :>). Było to świetne przeżycie, które mam nadzieję jeszcze nie raz powtórzyć!
Ah, wynik! NYC Knicks wygrali 99 do 95.
Na koniec poszliśmy ze znajomymi do restauracji na pyszną kolację. Po powrocie do domu byłam zbyt zmęczona na pisanie, za to obejrzałam film. Podsumowując bardzo udana niedziela!
Mam mnóstwo pomysłów na posty! Muszę tylko zacząć nosić ze sobą aparat i robić więcej zdjęć. Na dziś to tyle i uciekam coś zjeść. Xx
Ola














